Loading...
Codzienność

Wakacje: klima tyczno-mordercza podróż!

rysunek auta z zepsutą klimatyzacją. W środku rodzina z dziećmi jadąca na wakacje

No co z tą klimą!?

Pełni nadziei na szybką i przyjemną podróż ruszyliśmy.Wszak Budyń był już zmęczony zatem sądziłam, że chwila moment i będzie spał i prześpi sobie całą drogę. Ala jest już na tyle duża, że potrafi zająć się sama sobą w podróży, śpiewa, gramy w słówka lub rozmawiamy o różnościach. Czasami zgadzamy się na bajki w podróży ale raczej tego unikamy i jeśli już to mało. Leszek posłuchał swojej mega mądrej żony i pojechał wcześniej uzupełnić czynnik do klimy. Wszak go informowałam od 2tygodn, że z klimą coś się dzieje i działa kiedy chce. Po uzupełnieniu klimy Leszek wrócił wychłodzony jak hibernatus z epoki lodowcowej zatem klima miała być pewnikiem. Jest i działa! Słońce w tym dniu postanowiło dopierdzielić rekordowo wysoką temperaturą ale nic nam nie było straszne, wszak przed nami namiastka wakacji. Tychy jawiły się niczym rajski ląd z egzotyczną plażą. Pierwsze 10 kilometrów upłynęło nam z dłońmi przy nawiewnikach, wiecie, te szpary przez które powinno wydobywać się orzeźwiające powietrze wprost na nasze spocone dłonie i gębusie. Niestety powietrze, które nas owiewało było GORĄCE i ŚMIERDZĄCE! (Mi często śmierdzi w aucie: klimą, paliwem, gumą, dywanikami etc.) No dobra opuściliśmy szyby, żeby się nie udusić. Leszek zaczął coś wspominać że facet od klimy mówił, że sprężarka może kiepsko chodzić na niskich obrotach, zatem depnął po pedale gazu. Przez moment poczułam się jak w oku cyklonu, powietrze wpadało nam przez otwarte szyby do auta i wirowało jak szalone. Ala darła się żeby jej szybę opuścić jeszcze niżej. Ja się pytam jak? Do asfaltu? Spojrzałam na fotelik Budynia, kątem oka dostrzegłam tylko jego blond włosy- nie można powiedzieć żeby powiewały. One sterczały niemalże pionowo od tego huraganu jaki Leszek nam zafundował. Po 15 kilometrze kiedy cykliczne zmiany obrotów nie pomagały sprężarce za to ułatwiały mojemu błędnikowi wprowadzenie mnie w stan „zaraz rzygnę”, Leszek zaczął majdrować przy pokrętłach. Włączał, wyłączał klimę, zimniej, cieplej, powietrze na stopy, powietrze na szyby i BUM! Powietrze na ryj! Gorąc jak w kotle piekielnym! Ja oczywiście rzucałam Leszkowi TE spojrzenia. On coś buczał pod nosem ale nawiew ustawiony na maxa + otwarte szyby wszystko zagłuszały. Nikt z nas nie miał odwagi i nie chciał zawrócić. Przed nami przecież Papry- Ziemia Obiecana! W międzyczasie Wiktor zasnął, oczywiście regularnie kontrolowałam  czy wszystko OK. 30 kilometr w trosce o dzieci drę się wyczerpana -Robimy przystanek!
-Super! Bo już zgłodniałam,odkrzykuje Ala.
Matko przenajświętsza, czy ona ma siedem żołądków? myślę sobie i wydaję rozkaz do zjazdu na stację.

Przypominają mi się wakacje z rodzicami, wtedy nie było klimy, nie było hot-dogów, był koszyk z jedzeniem, z jajami na twardo, udkami z kurczaka, pomidorami i wielki termos herbaty.

Przystanek Chorzów Centrum – parówa.

Odklejamy się od foteli i opuszczamy naszą maszynę- Leszek ma problemy z utrzymaniem równowagi. Stopy pływają mu w sandałach niczym boje na wzburzonym Bałtyku. Ha! No i powiało wakacjami nad polskim morzem. Budynia niestety muszę obudzić i wyjąć z fotelika bo biedaczek jest upocony, biorę go na ręce i razem z Alą stnadardowo idziemy siusiu, i oczywiście po hot doga. Czekając na tę parówę z dwójką dzieci, bez makijażu z włosami przyklejonymi do łba, obserwuje przez szybę dziunie w pełnym makijażu na szpilkach tankującą swojego Mercedesa. Obok Mazda, tankował facet w pełnym garniturze. Ooo! Nie spocony! Ma klimę… Z rozmarzenia wyrwał mnie nagle podniesiony głos:

-Pani parówka!

Przy stacji postaliśmy sobie z 15 minut, Ala jadła hot doga, Wiktor popatrzył na autka a my na siebie. Niestety musieliśmy wrócić do tej sauny. Na szczęście na niebie pojawiły się chmury, razem z nimi pojawiła się NADZIEJA, że słońce się za nimi schowa i pozwoli nam dojechać.

Lecimy dalej, przez Chorzów i Katowice niczym Jetsonowie przez orbitę. Klima nadal nie działa. 45 kilometr podróży Ala regularnie zaczyna powtarzać mantrę „Kiedy dojedziemy” Każdy rodzic wie, że jest to swego rodzaju tortura. Postanawia również informować nas regularnie że w hot dogu było za dużo keczupu i że Wiktor zaczyna marudzić. Po chwili już nie marudzi, po chwili płacze. Linia ciągła, nie możemy się zatrzymać. Sięgam do sprawdzonego sposobu uspokajania dzieci, zaczynam śpiewać kołysankę. Nie, nie, ja nie śpiewam, ja się drę niczym Ozzy Osbourne  u szczytu kariery. Co chwilę też wkurzona rzucam do Leszka „ Zjeżdżaj gdzieś!”. On wkurzony jedzie coraz szybciej, tak jakby od tego miała naprawić się klima, która z kolei uspokoiłaby dzieci. Nie przerywając mej pieśni jedną ręką wygiętą do tyłu reguluję poziom otwarcia szyby u Ali. Przemy naprzód, umordowani, z zazdrością patrząc na mijające nas auta z zamkniętymi szybami, ja z tą jedną ręką wygięta do tyłu jak paragraf. Już wiem że na starość będę odczuwała skutki tej wycieczki, od tego przeciągu pewnie nabawimy się reumatyzmu.

70 kilometr!! Dojeżdżamy! Jest miejsce pod blokiem! Huura! Jesteśmy na wakacjach! Wekejszyn czas zacząć! Teraz będzie już dobrze!

-Leszek wnieś nasze walizki na górę

P.S. Teściowie nie mają windy a o naszym pakowaniu przeczytacie tutaj

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Rodzinny Album Rysunkowy